Następne wydarzenie w:

  • 00 DNI
  • 00 GODZ.
  • 00 MIN.
  • 00 SEK.
+

News

„W nowych kontekstach i w nowych formach wyrazu chrześcijanin jest po raz kolejny powołany do dawania odpowiedzi każdemu, kto pyta o motywy nadziei, która w nim jest (por. 1 P 3,15).” Benedykt XVI

OM w Popowie – jak było?

Kategorie: Oaza,Wydarzenia

Jeden budynek. Ponad czterdzieści osób w wieku od trzynastu do dziewiętnastu lat, zgromadzonych pod czujnym okiem księdza Marcina. Trzy dni, czterdzieści osiem godzin. Od piątkowego wieczora, aż do wczesnego niedzielnego popołudnia. Przeważająca ilość dziewczyn, ale nie na tyle, aby zauważenie chłopaka graniczyło z niemożliwością. Cała plejada barwnych i porywających postaci. Szczerzy, poszukujący, czasem niepewni, czasem wiedzeni po prostu zwykłą ciekawością i fascynacją. Wszyscy bez wyjątku niepowtarzalni i wyjątkowi.

 Bardzo lubię myśleć o Oazie wyobrażając ją sobie jako prawdziwą oazę, położoną gdzieś na pustyni naszego życia. Taki jej obraz od razu narzuca myśl, że to nie jest miejsce dla ludzi, którzy czują się niezagrożeni w życiu i przez pustynię podróżują z potężnymi zapasami wody, którymi nie mają zamiaru podzielić się z wrakiem człowieka, który przypadkiem znalazł się na ich drodze. Oaza to miejsce dla ludzi, którzy zbłądzili, zagubili się w gąszczu dróg lub przeciwnie, przez jakiś czas wędrowali wytartym szlakiem i nagle zrozumieli, że on donikąd nie prowadzi. Oaza to także miejsce, gdzie pełno jest ludzi, którzy na swoich barkach przytargali tych wszystkich zagubionych i gdy tamci leżeli bez sił i bez nadziei, oni zdecydowanymi ruchami poili ich wodą życia. I w końcu Oaza to miejsce dla ludzi, którzy trochę z ciekawości wyszli na pustynię, podróżowali ostrożnie i rozważnie, mając swoje zapasy wody, zaczęli zastanawiać się, czy starczy ich im do końca podróży. Jest to nieco skomplikowana alegoria, ale uważam, że narzuca bardzo interesującą perspektywę patrzenia na Ruch Światło-Życie. To już nie jest to stereotypowe miejsce, gdzie napotkać można najbrzydsze z możliwych dziewczyn, rozmodlone, ascetyczne i surowe (nawiasem mówiąc, jest to naprawdę doskonałe miejsce na poznanie przyszłej żony lub męża, bo w zdecydowanej większości do Oazy należą ludzie wartościowi). To nie jest miejsce, gdzie przychodzą sami świętoszkowie, aby kontemplować swoją doskonałość i zastanawiać się nad tym, kiedy Bóg weźmie ich do Nieba. To jest miejsce, gdzie spotykają się ludzie mniej lub bardziej niedoskonali. Ludzie, którzy się boją. Ludzie, którzy szukają drogi. Ludzie, którzy potrzebują szlaku. Ludzie, którzy są spragnieni Boga i Prawdy. Ludzie, którzy nie boją się otwarcie przyznać do popełnionego błędu czy niewiedzy. No i także ludzie, którym pusta i szara rzeczywistość nie wystarcza.

  Są dwa pojęcia, które dla przeciętnego chrześcijanina nie mają większego znaczenia. Który traktuje je powierzchownie, kwituje je zmęczonym uśmiechem i traktuje z lekceważeniem. W mojej opinii to właśnie one świadczą o wyjątkowości Oazy Modlitwy, którą miałem okazję przeżyć w Popowie.

 Po pierwsze, rekolekcje. Powiedzmy sobie szczerze, niewiele jest ludzi, dla których rekolekcje, czy to adwentowe, czy wielkopostne, stanowią okazję do przemiany serca. Większość poprzestaje na konstatacji „Hej, to, co ten ksiądz gada, rzeczywiście ma sens!”. Potem postanowienia, obietnice, deklaracje, tracą na mocy, giną w gąszczu codzienności. Rozmywają się w oceanie rzeczywistości. Dla oazowicza, rekolekcje (wakacyjne – dwutygodniowe, lub takie jak te nasze, weekendowe) stanowią nie tylko czas refleksji. Oazowicz nie poprzestaje na rozmyślaniach. On naprawdę zbliża się do Boga, wkracza na nową ścieżkę. Gdzieś w głębi siebie poszukuje siły, aby móc słabe i płonne obietnice przekuć w czyn. Kto mu w tym pomaga?

 Oczywiście, wspólnota. Nic tak nie umacnia chrześcijanina, jak wspólnota. Jednakże dla oazowicza wspólnota jest pojęciem znacznie przekraczającym wąskie ramy parafii czy diecezji. Dla oazowicza wspólnota jest spoiwem łączącym ludzi, którzy wybrali tą samą drogę. Zdarzyło się wam kiedyś iść samotnie wieczorem ciemną uliczką, kiedy wydawało się, że niebezpieczeństwo czai się za każdym rogiem? Bez wątpienia przyznacie, że taka wędrówka jest znacznie raźniejsza, gdy ktoś nam towarzyszy. Właśnie dlatego wspólnota dla oazowiczów, to takie towarzyszenie, wzajemne podtrzymywanie się i pocieszanie. W tej alegorii oazy na pustyni, jest to właśnie owo pojenie wodą.

 Dla mnie, obraz grupy ludzi siedzącej na pustyni obok źródła, rozmawiającej i pijącej wodę, jest po prostu przepiękny. Ich relacja wypływa nie z więzów krwi lub innych zobowiązań, ale z pobratymstwa dusz. Tu nie ma granic. Nie gra roli płeć, nie gra roli wiek, nie gra roli wygląd czy charakter. Liczy się tylko wzajemne wpatrywanie się w Boga i rozmowa. Oni siedzą obok tego źródła na tej pustyni, bo tak im się podoba. Bo czują, że tak trzeba. I choć całe karawany mijają ich bez słowa, traktując ich jak powietrze, to oni trwają. Bo tak im się podoba.

 Co jeszcze czyniło ten wyjazd tak wspaniałym? To, co zawsze wprawia mnie w podziw. Fakt, że za pomocą tak niewyrafinowanych i zrozumiałych dla każdego, od ośmiolatka po studenta, środków, powstaje tak niesamowity efekt. Skołatane i zranione dusze się odnawiają, puste i zniszczone serca napełniają się energią i radością, a uśmiech pojawia się na każdej twarzy.

 Życzliwość i serdeczność towarzyszy.

 Rzecz jasna także działanie Bożej Opatrzności.

 To, że mogłem być naprawdę sobą. Mogłem myśleć, mogłem czuć, mogłem spoglądać głębiej. Mogłem chodzić opatulony kocem. Nikt nie starał się mnie zmienić na siłę. Przemodelować. Wreszcie znajdowałem się w miejscu, gdzie na moją wyjątkowość patrzono nie jak na zagrożenie, lecz jak na zaletę.

 Także to co stanowi chyba największą i najbardziej kontrowersyjną zaletę Ruchu Światło-Życie, szczególnie w bardziej ortodoksyjnych kręgach – przeplatanie modlitwy, adoracji, eucharystii, z rozrywkami mniej wyszukanymi, takimi choćby jak gra w bilard czy piłkarzyki. Nie da się jednak ukryć, że to po prostu jest nieodzowne; pozwala nam się odprężyć i po prostu dobrze bawić, w towarzystwie przyjaciół.

 Być może zabrzmi to sztampowo, lecz po prostu nie chciałem stamtąd odjeżdżać, a ściskając wszystkich po kolei, czułem straszne wewnętrznie rozdarcie. Bo z jednej strony ta beztroska radość wywracała moją duszę na wszystkie strony, a z drugiej, to rzeczywiście był już koniec.

 To był naprawdę wyjątkowy czas, spędzony w towarzystwie wspaniałych osób i w towarzystwie Boga, który smarował nasze poranione dusze solidną dawką mazi zwanej „przebaczeniem”.

Bartłomiej Witeszczak

W tym miejscu znajdziecie skromną galerię ze zdjęciami z OM-u w Popowie.

Dodaj komentarz

  1. Redakcja serwisu plockaoaza.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść zamieszczanych komentarzy ani się z nimi nie utożsamia.
  2. Komentarze są wprowadzane przez internautów w sposób niezależny od Redakcji i jako takie nie stanowią części serwisu obsługiwanego przez Redakcję.
  3. Redakcja zastrzega sobie prawo do usunięcia lub wstrzymanie niektórych komentarzy bez podania przyczyn. W szczególności dotyczy to kometarzy zawierających treści, które mogą być odebrane jako obraźliwe lub nie są związane z tematem.